Edukacja bez strategii: jak państwo przyczynia się do drenażu mózgów
Kiedy miałam 16 lat, wyjechałam do Wiednia na stypendium za wizją edukacji na światowym poziomie po raz pierwszy. Potem, w wieku 18 lat, pojechałam jeszcze dalej – do Londynu. Takich przypadków w Polsce jest coraz więcej, bo aż 30 tysięcy studentów polskich widzimy na zagranicznych uczelniach. Nadzwyczajnie dużo młodych Polaków chce i ma możliwość podejmować edukację za granicą, nawet od najwcześniejszych jej etapów.
Polacy studiujący za granicą nie widzą dla siebie przyszłości w Polsce. Mówimy o drenażu mózgów, gdy kraj inwestuje w edukację młodych ludzi, ale nie potrafi ich zatrzymać przez brak prospektów karierowych, wsparcia czy uznania. W Polsce mówimy tu często o studiach „darmowych”, ale przecież każdy rok nauki na uczelni publicznej jest pokrywany z podatków obywateli. Gdy absolwent wyjeżdża i rozwija swoją karierę za granicą, zyskuje inny kraj, a Polska traci nie tylko specjalistę, ale też zwrot z własnej inwestycji.
Jako że sama uczestniczę w drenażu mózgów, postanowiłam przyjrzeć się mu z bliska. W moim najbliższym otoczeniu jako studentki w Londynie jest ogrom młodych polskich obywateli, którzy nawet nie rozważają powrotu do Polski po ukończeniu studiów. To nie fanaberia, a często w oczach studenta konieczność. Dlaczego wizja powrotu zanika?
Aspirujący naukowiec, medyk czy inny specjalista widzi, co dzieje się w polskim sektorze edukacji wyższej i badań. Czuje niepokój, gdy widzi uczelnie przeciążone biurokracją, granty trudne do zdobycia bez odpowiednich nazwisk i brak stabilnych ścieżek kariery. W tym samym czasie porównuje oferty zagraniczne - zdefiniowane programy mentorskie, finansowanie badań, międzynarodowe zespoły, które realnie wdrażają innowacje, efektywne wsparcie uniwersytetu na froncie dynamicznego rynku pracy. Gdy musi wybrać między uznaniem i wysokim standardem życia za granicą a niedocenieniem w kraju – wybór staje się bolesny, lecz oczywisty.
Polacy nie tylko wyjeżdżają – oni osiągają. I często osiągają tam, gdzie mają ku temu warunki. Tylko czy potrafimy im je stworzyć w ojczyźnie? Popatrzmy na najnowsze osiągnięcia Polaków - historia Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego to test, którego jeszcze nie zdaliśmy. Wszyscy się cieszymy, gdy Polak zostaje astronautą. Ale gdy już zejdzie z orbity, okazuje się, że dla jego kompetencji… nie ma przestrzeni. Taka jest dziś sytuacja wielu wybitnych młodych Polaków i to nie jest ich wina.
Mówi się, że powrót drugiego polskiego astronauty z kosmosu może otworzyć nowe drzwi dla polskiego sektora kosmicznego. Pytanie nie brzmi, czy ta szansa istnieje, tylko czy jesteśmy gotowi jako kraj i społeczeństwo ją wykorzystać. Polska Agencja Kosmiczna wciąż nie dysponuje wystarczającą kadrą, by realnie prowadzić badania czy przedsięwzięcia takie jak projektowane centrum ESA pod Poznaniem. Dlaczego? Bo takich projektów nigdy wcześniej w Polsce nie było. Brakuje ludzi z doświadczeniem. A tych, którzy je mają nie potrafimy zatrzymać w kraju.
Przy okazji misji Ax-4, mnóstwo uwagi poświęca się również promocji misji i kosmosu wśród dzieci. To dobry krok, ale my nie mamy 20 lat by czekać, aż dzisiejsze dzieci dorosną, może się zainteresują kosmosem i będą pracować na rozwój naszych technologii. Polska nauka i technologia nie mogą czekać tak długo, żeby mieć specjalistów i rozwijać się jak nigdy wcześniej. Największa uwaga powinna być skierowana na młodzież, która już dziś wybiera ścieżki kariery. To oni szukają celu, sposobu na wykorzystanie swoich umiejętności i kosmicznych pasji. To oni myślą: „To jest ten moment, moje zainteresowanie kosmosem może pomóc budować polską naukę” lub zadają sobie pytania: „Czy Polska daje możliwości, by działać?”. Coraz częściej odpowiedź brzmi nie.
To nie tylko problem sektora kosmicznego, ale i wszelkich dziedzin nauki, sektora badań, technologii, przedsiębiorczości czy służby zdrowia. Jeżeli Polska chce liczyć się na arenie europejskiej, to musi przestać być tylko krajem, który kształci do eksportu. Programy powrotu, wsparcie finansowe, uznanie kwalifikacji – to nie luksus, to w tym momencie konieczność.
A jak z drenażem mózgów radzą sobie inne kraje? Zachęcają i do wyjazdu, i do powrotu swoimi programami wsparcia. Niemcy i kraje skandynawskie gwarantują możliwość wzięcia pożyczki studenckiej, którą kandydat może pokryć od połowy (Niemcy, Norwegia) do nawet całości (Dania) kosztów swojej edukacji poza granicami kraju. Z kolei model wsparcia w Singapurze nie tylko zachęca do wyjazdu, ale stawia jasne warunki powrotu. Młodzi obywatele mogą liczyć na pełne dofinansowanie studiów (w zależności od wyników, nawet do końca studiów doktorskich), wsparcie w pokryciu kosztów życia, praktyki i mentoring pod jednym warunkiem: wracają i pracują dla kraju przez kilka lat. To nie kara – to inwestycja obustronna i właśnie dlatego działa.
Takie rozwiązania nie są zarezerwowane dla wybranych. Są dla tych, którzy rozumieją, że młodzi to nie koszt, a kapitał. Jeśli zainwestuje się w ich rozwój z rozsądkiem, a jednocześnie pokaże, że są możliwości rozwoju dla nich w Polsce, to nie trzeba będzie ich przekonywać do powrotu - sami będą tego chcieli.
Można liczyć, ilu Polaków wyjechało, albo policzyć się z tym, dlaczego nikt nie wraca. Czas przestać udawać, że młodzi wrócą sami z siebie. Jeśli państwo nie poda ręki tym młodym ambitnym Polakom, to nie dziwmy się, że podali oni rękę innym, którzy naprawdę wyciągnęli pomocną dłoń.
